sobota, 3 stycznia 2015

Materializm i minimalizm, a luksus



Ostatnio przyglądałam się tu i ówdzie dyskusjom i wpisom na blogach tematycznych.

Minimalizm jako taki ma na celu uwolnienie nas od przymusu posiadania, czy też pożądania i  kolekcjonowania - wiedzy, dyplomów, ubrań, sprzętów, tytułów, dzieł sztuki, kochanków, podróży.
Taka jest mniej więcej jego bardzo uogólniona definicja. Z pominięciem rozwoju duchowego oraz prostego, szczęśliwego i świadomego życia.

Co do tego drugiego, osoby nazywające siebie minimalistami mają jednoznaczne zdanie. W pierwszym - dzielą się na kilka grup. Są ci skrajni, których cały dobytek mieści się w niewielkim plecaku, ci, którzy hołdują znanym markom i nadmieniają dość często, że minimalizm oznacza luksus. I tak zwana "cała reszta" ;)

Pierwszą grupę podziwiam i jednocześnie pytam siebie "jak można tak żyć"? Druga za to bardzo mnie zastanawia. Tak, ekologia, wegetarianizm, minimalizm - to jest teraz modne. Cieszy mnie to, ale jak to bywa, gdy coś staje się mainstreamowe często zatraca swój pierwotny sens. Spójrzmy chociażby na wypaczenie Chrześcijaństwa (Katolicyzmu) jako takiego. Nie mamy wzmianek o tym, by Jezus walczył z in vitro, czy antykoncepcją. Nie mamy wzmianek o instytucji kościoła, o cenniku za sakramenty w ogóle nie wspominając.

Podobnie mam wrażenie, dzieje się z minimalizmem. Wielu autorów używa i używało już w dawnych czasach sformułowania, iż "minimalizm to luksus". Wyrwane z kontekstu można zinterpretować na różne sposoby, jednak w całości brzmiało to mniej więcej tak "minimalizm to luksus nie posiadania". Luksus otaczania się tylko tym, co piękne i użyteczne. Pokutuje stwierdzenie, że mając mniej, musimy otaczać się jakością. Jest to oczywiście jeden z nurtów, który akurat zupełnie nie pokrywa się z buddyjskim wyrzeczeniem konsumpcjonizmu. Właściwie nie ma jednej drogi, ale niektóre jawią mi się samooszukiwaniem i ślepym zaułkiem.

Zazwyczaj pożądamy przedmiotów, bo mają je inni.  I tak, czy gdyby nie Grace Kelly i Jane Birkin, Victoria Beckham miałaby całą kolekcję torebek Hermesa? A gdyby nie Victoria i jej podobne... czy kobiety na całym świecie pożądałyby tych toreb? Co jest takiego w nadgryzionym jabłku, które dla wielu wyznacza status społeczny?
Luksus nie jest metką.
Nigdy nie miałam iPhona, bo ma słaby aparat i zbyt mały wyświetlacz. Jabłko nie jest dla mnie luksusem, ale produktem mającym świetny marketing. Luksusem, który ja odczuję, będzie w końcu dobry aparat fotograficzny w telefonie komórkowym. I ni diabła mnie nie interesuje, któremu z producentów się to uda. Zapewne chętnie nabędę takie urządzenie i będę go często używać.
Kolejna pułapka... "Kupuję mniej, więc mogę sobie pozwolić na rzeczy drogie." Czy aby na powrót nie stajesz się własnością, a nie właścicielem owych drogich przedmiotów?
Czyli, de facto, wracasz do punktu wyjścia, kiedy to rządziły Tobą dobra materialne.
W jednej książce wspomniano, by kupić sobie kryształowe szklanki. Jasne, jeśli dla kogoś ma to jakiekolwiek znaczenie i nie będzie biadolić po ich przypadkowym stłuczeniu... Mam jednak wrażenie, być może mylne, że wielu z "tych minimalistów" hołubi swoje drogocenne skarby. Tak samo napędza koncernom zyski, tyle, że kupuje inne rzeczy. Wyjątkiem będą tutaj osoby, które faktycznie stać bez zmrużenia oka na torebkę za 10tys zł i nie są oni w żadnym stopniu związani z nią emocjonalnie. Gorzej ma się sprawa dla tych wszystkich markowych minimalistów, którzy nie mają przychodu na poziomie przynajmniej 30tys zł miesięcznie i dycha na torebkę nie jest dla nich "zwykłym pierdnięciem".

Chodzi mi przede wszystkim o to, że minimalista z założenia się nie spina. Nie pożąda rzeczy. Nie odkłada miesiącami na coś markowego, o czym nie może przestać myśleć, a na co jednak nie do końca go stać. Ktoś w dyskusjach gdzieś napisał jestem minimalistą, ale ja muszę mieć... (tu lista). Nie znajdowały się na niej takie rzeczy jak zmywarka, która wiele ułatwia przy dużej rodzinie, ale markowe gadżety. Czy minimalista musi? On już nic nie musi. Jest wolny. Oto jak ja rozumiem sens tego nurtu.

Minimalista może chcieć, czy mieć na coś ochotę, ale jeśli tego nie dostanie, to też dobrze. Mnm. kładzie nacisk na rozwój duchowy, podróż w głąb siebie i zwijanie Ego, zamiast jego rozwijania. O ile cenniejszą wiedzą będzie dla nas zrozumienie samych siebie, które da spełnienie i szczęście, niż kolejny dyplom i awans. No tak awans - mamy więcej pieniędzy. Czy jesteśmy szczęśliwsi? Przez pewien krótki czas. Później jest nam znów za mało, bo kupiliśmy droższe auto, większy dom. Znów potrzebujemy awansu i podwyżki. Jesteśmy tymi konsumentami, o których śpiewał Kazik.

W czasach klęski żywiołowej, czy wojny dopiero doświadczamy tej świadomości - bez ilu rzeczy możemy żyć. Nikogo nie nakłaniam do posiadania jednej pary spodni. Nie zrozumcie mnie źle.


Wrócę na chwilę do tak nadużywanego pojęcia luksusu. Dla wielu osób za tym słowem stoi cena i znana marka. Ja oddzielam tutaj owy luksus od tak zwanych zbytków tego świata. I tak są rzeczy, jak na przykład części komputerowe, gdzie zazwyczaj cena przekłada się na parametry techniczne. Bilet pierwszej klasy na samolot różni się zarówno ceną jak i warunkami od tego drugiej klasy. Tak samo jestem w stanie zrozumieć, że jeśli ktoś ma odpowiedni budżet i pół życia spędza w podróży, bo tego wymaga jego działalność, kupuje prywatny samolot z sypialnią, który wygląda w środku jak apartament.

Druga strona, to minimalistyczny snobizm. Kupujemy minimalistyczne umeblowanie do kuchni za cenę, która przyprawia nas o zawał serca. Wydaje nam się, że kupujemy niepodważalną jakość. Czujemy się oh i ach aż do momentu, kiedy trafia nas szlag, bo sąsiad ma coś o wiele lepiej wyglądającego i bardziej funkcjonalnego za 1/3 ceny. Co więcej jego meble wyglądają na droższe!
Żeby nie było, że zmyślam... to moja historia. Tak było trzy lata temu.
Byliśmy nowobogackimi snobami. Najdroższa podłoga, najdroższe meble, najdroższe sprzęty. Czy to nas uszczęśliwiło? Nie.
Ba! Nie mieliśmy szafki w łazience, ani blatu pod umywalkę bo wymyśliliśmy taką za 6tys zł i nie wyobrażaliśmy sobie nic innego!

Ktoś by powiedział - no przecież minimalizm - czekają, by kupić coś lepszej jakości!
To nie minimalizm, to materializm pełną gębą.
Przymus posiadania, uzależnienie od przedmiotów, a przede wszystkim uzależnienie od pieniędzy. Tak widzę niektórych współczesnych "minimalistów".  "Minimalistów", którzy muszą więcej pracować, bo muszą więcej zarabiać, by móc więcej wydawać... Bo jeden telewizor, ale nie mniejszy niż 60 cali. Jeden dywan, ale perski. I ok, jeśli stać ich na to bez najmniejszych wyrzeczeń. Na ogół, w naszych realiach, tak nie jest. I już widzę psa z przeziębionym pęcherzem, który właśnie idzie zrobić swoje na nowym Persie. Albo takiego dwulatka, który już bez pieluchy, ale jeszcze się zdarzy.

Co zrobiły minimalista z doszczętnie zasikanym dywanem? Pewnie wyrzucił bez żalu, bo to tylko przedmiot. Nawet jeśli ów przedmiot byłby nowy. Oczywiście istnieją pralnie z dezynfekcją, ale jeśli sytuacja się powtarza - dywan i jego ciągłe targanie do pralni staje się dodatkowym kłopotem i ciężarem.

Tu dla mnie tkwi różnica - snob musi, minimalista co najwyżej chce, ale snu z powiek mu to nie spędza. Snob odhacza kolejne osiągnięcia z listy "muszę mieć", minimalista cieszy się jak dziecko z byle pierdoły. Docenia małe rzeczy, uśmiech przechodnia, ławkę w półcieniu drzew, bawiącego się z dzieckiem psa. Snob zbyt pochłonięty jest rządzą zdobycia wysokiego stołka w firmie, najnowszego iPhona (uczepiłam się tych iPhonów, bo tutaj naprawdę za ceną nie idzie jakość), pozycji, sławy, tytułu doktora, który MUSI mieć. Minimalista się rozwija w tym kierunku, który sprawia mu przyjemność i pozwala na samorealizację. Od powodzenia nowej firmy nie zależy jego być albo nie być. Widzi więcej niż kariera i wypasiony dom w eleganckiej dzielnicy. Być może i kupi ten dom, jeśli akurat będzie to mógł zrobić bez większych wyrzeczeń, ale nie załamie się go tracąc. Jego siła tkwi w środku. Nie w samochodzie, czy meblach od projektanta.


Wrócę ostatni raz do tematu luksusu. Ktoś gdzieś napisał, że jego pojęcie zmienia się wraz z zasobnością portfela. Oczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić, jednak czy nie jest to na powrót materializm i apetyt rosnący w miarę jedzenia?

"Niektórzy ludzie uważają, że luksus jest przeciwieństwem ubóstwa. 
Nie jest. 
Luksus jest przeciwieństwem wulgarności." 
Gabrielle Coco Chanel

I tak nic, co nie jest piękne, ani wygodne, nie może być luksusowe. Luksus to otaczanie się tym, co rozbudza nasze zmysły. Dla mnie jest to świat pisany zapachem. Każdy okres mojego życia miał swój zapach. Dziś wystarczy mi powąchać w sklepie konkretne perfumy, by przywieść na myśl dowolne wspomnienia. Pościel z satynowej bawełny skropiona ulubionymi perfumami. Wnętrze, które cieszy moje oko. Inspirująca książka na nocnym stoliku i możliwość zostania w domu w ulewny dzień. Stwierdzenie, że lecę na weekend gdzieś, gdzie będzie najbliższy lot i pojechanie tego samego dnia na lotnisko. Kaszmirowy sweter i cudownie miękkie skarpetki z angory (ok, właśnie przeczytałam jak powstaje... już nic z angory nie kupię...). I z drugiej strony jedwabna koszula nie będzie dla mnie akurat luksusem, bo ciężko ją wyprasować. Nie sprawi radości, ale kłopot. Tak samo własny basen w piwnicy domu, czy wanna SPA może być zarówno luksusem jak i utrapieniem, jeśli ani jednego, ani drugiego nie używamy, a trzeba to konserwować i czyścić.
Jednak w moim mniemaniu największym luksusem, jaki możemy sobie podarować, jest czas wolny od pracy i obowiązków, który możemy spędzić jak tylko chcemy.


PAULINA