wtorek, 29 września 2015

Back in Black

Choć w zasadzie wolę You shook me all night long, czy Thunderstuck.
Ale miało być black i prawie black jest... no prawie ;)

Darujcie mi, że nic mądrego z siebie dziś nie wycisnę, ale dorwała mnie tak zwana jesień i jej uroki. Czuję się mniej więcej tak, jakby dorwali mnie Czterej Jeźdźcy, choć muszę przyznać, że Pan Śmierć z Supernatural, ze swoją słabością do fast foodów i wiecznym siorbaniem coli z papierowego kubka przez słomkę, posiadał nieodparty urok osobisty.


Niesamowicie fajnie czyta się, że w tak zwanym międzyczasie urodziłyście dzieci, założyłyście własne blogi i nadal zdarza się Wam tu zabłądzić. To jest mega pozytywne :)


A! Bym zapomniała...
Trafiłam ostatnio na kilka książek z okolic minimalizmu i odgracania powierzchni życiowej.
Trzy już przeczytałam i będę chciała Wam je przybliżyć, a szczególnie jedną, która mnie powaliła na kolana (ta miętowa).



Tak po krótce:
Nic nie jest w stanie wytłumaczyć mojego makijażu - pandy, ale mogę próbować się usprawiedliwiać, że to był wieczór, to był koncert i klub, w którym jest dość ciemno...

Płaszcz - Mango
T-shirt- Bershka
Spodnie - New Yorker
Botki - CCC
Torebka - Stradivarius








Back in Black - MODNAPOLKA.pl PAULINA

środa, 16 września 2015

Black is the new Black

Wszystko podlega Efektowi Motyla. Wszystko...
Kilka tygodni temu znajomy, notabene M., zarzucił mi, że "nie wyglądam już tak jak kiedyś".
Po obrażeniu się, tak na wszelki wypadek, przełknęłam wytyk i przyznałam rację.
Różne są w życiu okresy, a w nich wyłaniają się różne priorytety, przez które zaniedbujemy inne sprawy. Moim są od dłuższego czasu psy i ani odrobinę nie żałuję. W ciągu roku dałam dom czterem psiakom. Trzy z nich już nie żyją, a u Tajsona wykryto nowotwór z przerzutami do wątroby. Póki co książę czuje się świetnie i wyniki ma jak najbardziej poprawne - o wiele lepsze niż przed wycięciem gigantycznego, 3-kilowego guza.
Wracając jednak do sedna sprawy... M. miał rację. To inteligentny chłopak i niestety często ma rację, co mnie bardzo irytuje rzecz jasna. Przełknęłam więc prawdę oczywistą i zaczęłam się ponownie zastanawiać, czego ja do cholery chcę, jeśli chodzi o odbicie w lustrze. Znowu trochę mi to zajęło.
W tak zwanym międzyczasie miałam wesele koleżanki, na które wystroiłam się jak Perfekt Hausfrau z lat 50tych. Sukienkę nadal uważam za boską, ale z całością chyba przesłodziłam. Miałam więc punkt zaczepienia - tak wyglądać właśnie NIE CHCĘ, no chyba, że dacie mi do ręki shotguna dla równowagi.


Musiałam, musiałam z tą etykietą mieć zdjęcie :)




sukienka na tiulowej halce - Mohito



Odkryłam, co następuje, że czerń, której wypowiedziałam wojnę mając niewiele ponad dwadzieścia lat, do wszystkiego pasuje... Co więcej, dobre połączenie czerni z czernią daje naprawdę niesamowity efekt. Choć tu niestety dość łatwo uzyskać niechciany look młodej metalówy, czy dziewczyny harleyowca, zamiast wziętej modelki fashion po godzinach.
"Założyłabyś czasem obcasy" wzięłam sobie do serca, choć tak "szowinistyczny tekst" wzbudził z początku oczywiście moją głęboką niechęć.

Mam więc czerń, skórę, skrawki beżu, bieli, grafitu, szarości, granatu, jedne bordowe rurki, jedne khaki. I czerń, jeśli jeszcze nie wymieniałam.

Do ramoneski i woskowanych spodni nie mogę założyć bikerów, bo boję się o efekt "harleya". Są więc siermiężne obcasy, platformy, koturny. Brakuje mi tylko jakichś adidasów z ukrytą koturną.

Od lewej: Wojas/Lasocki/CCC

Kapelusz nude - Reserved / Kapelusz czarny - H&M / Plecak - Zara


New Yorker 
- jeszcze nie wiem, czy dumne przesłanie, czy badziewny napis, ale krój świetny :)


Chyba muszę odświeżyć ten film :)


Ponownie wracając do sedna sprawy, chyba musiałam to znowu poczuć. Chyba wracam - tak z ciuchami i całym swoim kramem :)


PAULINA

piątek, 14 sierpnia 2015

To nie jest tak, że mam lepsze rzeczy do roboty... Po prostu rzadko mam coś ciekawego do powiedzenia.

A czasami mózg jest w stanie coś z siebie wypocić tylko na skrajnym zmęczeniu...


Tak wyszło, że zachciało mi się zarwać noc.
Kładę się po szóstej, mlask, mlask, paciu, mmm.
<kop, drap, kop, jeb>
Tajson sie drapie...
<Kop, Drap, Jeb, Kop, Jeb, Kop!>
Tajson się nieudolnie drapie...
<KOP, KOP, JEB, JEB, JEB, DRAP, KOP, JEB!!!>
Tajson się nie drapie...


Wstaję, a leżałam już dobre trzy minuty, patrzę - psem rzuca jak podpiętym do prądu - łapy, głowa, wywrócone oczy, dywan ze śliny.
W odruchu samozachowawczym udzielam pierwszej pomocy nowej wykładzinie i pieczołowicie wycieram pokłady śliny.
Później trzymam psa. Atak mija. To pewnie padaczka. Pewnie tak właśnie wygląda padaczka.
Wujek Google mówi, że to bardzo duży wysiłek dla organizmu, co tłumaczy hiperwentylującego się Tajsona.
Piszą też, że chory przez kilka minut po ataku jest całkowicie niepoczytalny. Szefu wstaje, z neurologicznym objawem podwijania
i ciągnięcia łap, robi kilka okrążeń po mieszkaniu, kładzie się na brzuchu, sika i wstaje. Krąży, przybija parę razy gwoździa z lustrem,
rozjeżdżają się łapki, dup na ziemię. Nie, nie! Nie wchodź na łó...!!! Za późno, pusty wzrok i leje w materac ile fabryka dała.
Schodzi i znów krąży, głową w lustro, chwila spokoju, stoi oparty o ścianę. Zero kontaktu, zero reakcji na mnie, czy jakiekolwiek komendy.
Podchodzi do fotela, podnosi nogę i daje tyle, że cała poduszka, którą podrzucam mu w ostatniej chwili jest ciężka i żółta.


W Ikei jestem na samo otwarcie, prosto od lekarza. 'Śniadanie wegetariańskie' jest naprawdę dobre,
tylko trzeba pamiętać o samoobsłudze i nie sterczeć przed barem jak kretyn.
Puszysty omlet z posmakiem bekonu i mini placki ziemniaczane z mini kosteczek ziemniaków zamiast puree.
Biorę dwie saszetki cukru z nadzieją, że zjedzony zadziała jak kawa. Rezygnuję w połowie pierwszej saszetki.
<Sypialnia> - Te materace są na dziale 'Pokój Dzienny'
<Pokój dzienny> - Znajdzie je Pani na kanapach.
<Kanapy> - One są chyba z działu 'Sypialnia'
- A mógłby mi Pan wyszukać to na stronie i po prostu podać numer regału?
- Nie chce Pani najpierw obejrzeć?
- Nie. Chcę iść spać.


O lustro. W sumie mogę kupić jeszcze lustro... Przecież i tak już nie zasnę. Znam siebie. Zasypiam w aucie.
W domu już nie zasypiam. Poza tym materac okazuje się dwoma oddzielnymi materacami zapasowymi do którejś z kanap.
Nie, nie chcę go oddawać. Chcę na nim spać. Teraz. Natychmiast. Zawsze.
W sumie ten poprzedni był niewygodny. Tajson wiedział, co robi.


Jest godzina dwudziesta. Nie. Nadal nie śpię. Czekam na pizzę, choć mam wątpliwości, czy mam fizycznie siłę ją pogryźć.
Z szafy patrzy na mnie zalotnie kask. Gdybym miała motocykl i dziś na niego wyszła, na pierwszym skrzyżowaniu wpadłabym jak nic pod rowerzystę.



Tak. Z księciem już wszystko ok. Odpoczywa. Oto książę :)



PAULINA

czwartek, 30 kwietnia 2015

Gdzie do cholery jest James Bond?!

Nie jestem feministką. Nie krzyczę, że wniosę sama lodówkę na ósme piętro, a wręcz odwrotnie. Ja krzyczę przeraźliwie, że dzisiejsi "panowie" przycinają sobie rozporkiem waginy, a ja sama muszę targać lodówkę.

Tak to bywa, że kiedy "wracasz na rynek", nagle pojawia się sporo starych lub całkiem nowych znajomych płci przeciwnej. W teorii prężą przed Tobą swoje muskuły i pawi ogon. W praktyce?
No właśnie...
W praktyce... zaczęłam przyglądać się temu, co sobą reprezentują wolni faceci od tuż przed trzydziestką aż do czterdziestki włącznie, choć "startowali do konkursu" i pięćdziesięciolatkowie.
Ci ostatni zawsze mieli problem z przyswojeniem informacji, ze ojca już mam.

Jednak wracając do sedna sprawy: Łódź, Polska. Mężczyźni w wieku 26-35 lat.
Usłyszałam wiele rzeczy (w tym kilka od moich kolegów), które zaczęły kształtować mój pogląd na to, że mężczyźni wyginęli. (Tzn założę się, że są, ale już od dawien dawna wyłapani przez sprytne kobiety. Uwikłani od lat w szczęśliwe związki!)
Co zatem usłyszałam od współczesnych "mężczyzn"?
... że bolą ich żylaki
... że lekarz zalecił im dietę bezglutenową i nie mają teraz krost
... że mieszkanie z rodzicami/mamą jest wygodne, bo ma się więcej pieniędzy na przyjemności
... że zaradność, to zarabianie pieniędzy, a nie umiejętność naprawy cieknącego kranu, bo przecież i do powieszenia półki na dwóch kołkach można sobie wynająć specjalistę i tak jest lepiej niż robić samemu
... że obsługa sprzętów typu wiertarka/flex jest dla ... "roboli", a praca fizyczna jawi się im obrzydliwa
... że schudniecie/zadbanie o siebie, to przesada, bo kobieta ma kochać za charakter, a nie za wygląd (ten sam kolega deklaruje, że nie umówi się z zaniedbaną/brzydką/grubą dziewczyną)
... że kobieta ma zarabiać minimum 3tys zł na rękę, bo on jej utrzymywać przecież nie będzie, ale ona jego to już nie jest taka zła opcja...
... że nigdy nie kupią mebli w Ikei, bo to trzeba samemu skręcać
Mam też ze dwóch dalszych znajomych, którzy choć typowo męski prace ogarniają wzorowo... nie ogarnęli podstawowych umiejętności miękkich, jak chociażby empatia czy podstawy kultury osobistej, jak nie pierdzenie ludziom w twarz (sic!).

90% powyższych tekstów skierowanych w moją stronę było, prawdopodobnie, próbą podrywu, co załamuje mnie potrójnie. Wszyscy zacytowani z jakiegoś powodu są singlami.

Kolorowa gazetka... otwieram, czytam pierwszy lepszy felieton, w którym Michał Piróg tłumaczy, iż "dzisiejszy mężczyzna nie musi prezentować sobą siły, bo już nie poluje na kobietę i nie porywa jej z wioski. Dziś męskie jest zarabianie pieniędzy i status społeczny."

Jaka zatem jest rola "dzisiejszego modelu mężczyzny" w domu? Podbieranie mojego lakieru do paznokci i piszczenie na widok ćmy? Kasłanie i filuterne machanie rączką, bo się nakurzyło?
A może to po prostu taka "męska" współlokatorka, która dzieli się kosztami?
Bo, kurde, naprawdę nie widzę zastosowania...

"W XX wieku, by mężczyzna mógł wziąć sobie żonę, musiał mieć własne lokum. Nie było mowy o mieszkaniu u rodziców w pokoju i kuchni, czy wprowadzaniu się do teściów."

Co będzie dalej? Czy my, kobiety, staniemy się nowymi samcami gatunku? Czy może jednak ta kobieca partia "mężczyzn" wyginie zapomniana w natłoku ewolucji.



*WKU i mamusia 

PAULINA


środa, 4 lutego 2015

"Nie mam głowy"

Może nie dosłownie.
Nie mam dziś głowy do niczego. I tak od ponad miesiąca. Bo z zasady jak się coś polepszy, to się popieprzy, choć niby jestem optymistką. Nie, no kurde, jestem!

Od paru tygodni wertuję oferty mieszkań. Jeśli mózg mógłby nas boleć, mój byłby już czerwony i opuchnięty.
Jak nie miałam fotografa, ani kogokolwiek, kto ma czas, chęć i podstawowe informacje o obsłudze lustrzanki, tak nie mam do dziś. Lampy do serwisu też nie zaniosłam, bo kredyt, bo jak tu wziąć najlepiej. Bo blok, czy kamienica? Ale musi być parter, bo mój psiudeł ledwo pokonuje tych kilka schodków. Są więc fajne mieszkania, na trzecim piętrze bez windy. No albo te na parterze, bez jakiegokolwiek ogrzewania. Albo też przyzwoite parterowe z własnym ogródkiem, za 4500zl za metr... Drugi raz nie dam się w to wpuścić. Inwestycja pod tytułem Julianów wystarczy mi za życiową lekcję. Syndyk wyprzedaje upadłe lofty u Scheiblera, ale po co mi 150 metrów na 3 poziomach, do tego z oknami na północ. Ciemność, widzę ciemność...
Do tego wymyśliłam sobie centrum z musowym sąsiedztwem parku. Gdzieś musimy chodzić postawić tę kupę na chodniku :) (Tak, sprzątam. Tak, on zawsze celuje w chodnik...)

Jako, ze mózg nie potrafi, boli mnie zatem głowa, która notabene jest żółta, bo fryzjerowi nie wyszło...
Ostatnio spóźniłam się o kilka godzin i ktoś zwinął mi sprzed nosa idealne mieszkanie. (Po tym  głowa bolała mnie jeszcze bardziej niż zwykle.)

Kiedy Maks nie jest chory, to zajmuje się umieraniem. W inne dni po prostu bolą go stawy. W jeszcze inne kibluję nockę, bo pies w klinice na obserwacji, a na dyżurze jeden lekarz. Czy żałuję decyzji? Ani trochę. On mnie kocha każdym swoim włoskiem :) Ot, po prostu doba mi się kurczy, a czasem wręcz cały tydzień.
Jeśli zatem akurat nie boli mnie głowa od ciągłego szukania mieszkań, ani rachunków u weterynarza lub nie boli mnie po prostu z czystej chęci wpełznięcia pod łózko i schowania się na chwilę przed światem, to zapewne boli z powodu koordynowania wielotygodniowego bazarku-zbiórki na inne psy, w tym Bezogosia, którego kiedyś pokazywałam, a który to chłopak jest moim podopiecznym.
Kto wygrał licytację, kto wpłacił, kto przesłał potwierdzenie, komu co na jaki adres, a ile będzie kosztować wysyłka. Tak, pod łóżkiem musi być cicho, spokojnie i całkiem wygodnie...

Wiecie, co mnie ratuje? (Poza zgaszonym światłem przy migrenie?) Zarwanie nocy z oczkami wpatrzonymi w ruchome obrazki w pudełku. Mam 3 kanały HBO i HBO OD (VOD, filmy na życzenie) i chyba tylko to mnie teraz trzyma przy zdrowych zmysłach.
Po prostu co za dużo, to niezdrowo.
Byle do wiosny! (przeprowadzki, kupna mieszkania, psa, który w końcu przestanie chorować etc.)
Mało Slow Life'owy ten dzisiejszy post...





PAULINA

sobota, 3 stycznia 2015

Materializm i minimalizm, a luksus



Ostatnio przyglądałam się tu i ówdzie dyskusjom i wpisom na blogach tematycznych.

Minimalizm jako taki ma na celu uwolnienie nas od przymusu posiadania, czy też pożądania i  kolekcjonowania - wiedzy, dyplomów, ubrań, sprzętów, tytułów, dzieł sztuki, kochanków, podróży.
Taka jest mniej więcej jego bardzo uogólniona definicja. Z pominięciem rozwoju duchowego oraz prostego, szczęśliwego i świadomego życia.

Co do tego drugiego, osoby nazywające siebie minimalistami mają jednoznaczne zdanie. W pierwszym - dzielą się na kilka grup. Są ci skrajni, których cały dobytek mieści się w niewielkim plecaku, ci, którzy hołdują znanym markom i nadmieniają dość często, że minimalizm oznacza luksus. I tak zwana "cała reszta" ;)

Pierwszą grupę podziwiam i jednocześnie pytam siebie "jak można tak żyć"? Druga za to bardzo mnie zastanawia. Tak, ekologia, wegetarianizm, minimalizm - to jest teraz modne. Cieszy mnie to, ale jak to bywa, gdy coś staje się mainstreamowe często zatraca swój pierwotny sens. Spójrzmy chociażby na wypaczenie Chrześcijaństwa (Katolicyzmu) jako takiego. Nie mamy wzmianek o tym, by Jezus walczył z in vitro, czy antykoncepcją. Nie mamy wzmianek o instytucji kościoła, o cenniku za sakramenty w ogóle nie wspominając.

Podobnie mam wrażenie, dzieje się z minimalizmem. Wielu autorów używa i używało już w dawnych czasach sformułowania, iż "minimalizm to luksus". Wyrwane z kontekstu można zinterpretować na różne sposoby, jednak w całości brzmiało to mniej więcej tak "minimalizm to luksus nie posiadania". Luksus otaczania się tylko tym, co piękne i użyteczne. Pokutuje stwierdzenie, że mając mniej, musimy otaczać się jakością. Jest to oczywiście jeden z nurtów, który akurat zupełnie nie pokrywa się z buddyjskim wyrzeczeniem konsumpcjonizmu. Właściwie nie ma jednej drogi, ale niektóre jawią mi się samooszukiwaniem i ślepym zaułkiem.

Zazwyczaj pożądamy przedmiotów, bo mają je inni.  I tak, czy gdyby nie Grace Kelly i Jane Birkin, Victoria Beckham miałaby całą kolekcję torebek Hermesa? A gdyby nie Victoria i jej podobne... czy kobiety na całym świecie pożądałyby tych toreb? Co jest takiego w nadgryzionym jabłku, które dla wielu wyznacza status społeczny?
Luksus nie jest metką.
Nigdy nie miałam iPhona, bo ma słaby aparat i zbyt mały wyświetlacz. Jabłko nie jest dla mnie luksusem, ale produktem mającym świetny marketing. Luksusem, który ja odczuję, będzie w końcu dobry aparat fotograficzny w telefonie komórkowym. I ni diabła mnie nie interesuje, któremu z producentów się to uda. Zapewne chętnie nabędę takie urządzenie i będę go często używać.
Kolejna pułapka... "Kupuję mniej, więc mogę sobie pozwolić na rzeczy drogie." Czy aby na powrót nie stajesz się własnością, a nie właścicielem owych drogich przedmiotów?
Czyli, de facto, wracasz do punktu wyjścia, kiedy to rządziły Tobą dobra materialne.
W jednej książce wspomniano, by kupić sobie kryształowe szklanki. Jasne, jeśli dla kogoś ma to jakiekolwiek znaczenie i nie będzie biadolić po ich przypadkowym stłuczeniu... Mam jednak wrażenie, być może mylne, że wielu z "tych minimalistów" hołubi swoje drogocenne skarby. Tak samo napędza koncernom zyski, tyle, że kupuje inne rzeczy. Wyjątkiem będą tutaj osoby, które faktycznie stać bez zmrużenia oka na torebkę za 10tys zł i nie są oni w żadnym stopniu związani z nią emocjonalnie. Gorzej ma się sprawa dla tych wszystkich markowych minimalistów, którzy nie mają przychodu na poziomie przynajmniej 30tys zł miesięcznie i dycha na torebkę nie jest dla nich "zwykłym pierdnięciem".

Chodzi mi przede wszystkim o to, że minimalista z założenia się nie spina. Nie pożąda rzeczy. Nie odkłada miesiącami na coś markowego, o czym nie może przestać myśleć, a na co jednak nie do końca go stać. Ktoś w dyskusjach gdzieś napisał jestem minimalistą, ale ja muszę mieć... (tu lista). Nie znajdowały się na niej takie rzeczy jak zmywarka, która wiele ułatwia przy dużej rodzinie, ale markowe gadżety. Czy minimalista musi? On już nic nie musi. Jest wolny. Oto jak ja rozumiem sens tego nurtu.

Minimalista może chcieć, czy mieć na coś ochotę, ale jeśli tego nie dostanie, to też dobrze. Mnm. kładzie nacisk na rozwój duchowy, podróż w głąb siebie i zwijanie Ego, zamiast jego rozwijania. O ile cenniejszą wiedzą będzie dla nas zrozumienie samych siebie, które da spełnienie i szczęście, niż kolejny dyplom i awans. No tak awans - mamy więcej pieniędzy. Czy jesteśmy szczęśliwsi? Przez pewien krótki czas. Później jest nam znów za mało, bo kupiliśmy droższe auto, większy dom. Znów potrzebujemy awansu i podwyżki. Jesteśmy tymi konsumentami, o których śpiewał Kazik.

W czasach klęski żywiołowej, czy wojny dopiero doświadczamy tej świadomości - bez ilu rzeczy możemy żyć. Nikogo nie nakłaniam do posiadania jednej pary spodni. Nie zrozumcie mnie źle.


Wrócę na chwilę do tak nadużywanego pojęcia luksusu. Dla wielu osób za tym słowem stoi cena i znana marka. Ja oddzielam tutaj owy luksus od tak zwanych zbytków tego świata. I tak są rzeczy, jak na przykład części komputerowe, gdzie zazwyczaj cena przekłada się na parametry techniczne. Bilet pierwszej klasy na samolot różni się zarówno ceną jak i warunkami od tego drugiej klasy. Tak samo jestem w stanie zrozumieć, że jeśli ktoś ma odpowiedni budżet i pół życia spędza w podróży, bo tego wymaga jego działalność, kupuje prywatny samolot z sypialnią, który wygląda w środku jak apartament.

Druga strona, to minimalistyczny snobizm. Kupujemy minimalistyczne umeblowanie do kuchni za cenę, która przyprawia nas o zawał serca. Wydaje nam się, że kupujemy niepodważalną jakość. Czujemy się oh i ach aż do momentu, kiedy trafia nas szlag, bo sąsiad ma coś o wiele lepiej wyglądającego i bardziej funkcjonalnego za 1/3 ceny. Co więcej jego meble wyglądają na droższe!
Żeby nie było, że zmyślam... to moja historia. Tak było trzy lata temu.
Byliśmy nowobogackimi snobami. Najdroższa podłoga, najdroższe meble, najdroższe sprzęty. Czy to nas uszczęśliwiło? Nie.
Ba! Nie mieliśmy szafki w łazience, ani blatu pod umywalkę bo wymyśliliśmy taką za 6tys zł i nie wyobrażaliśmy sobie nic innego!

Ktoś by powiedział - no przecież minimalizm - czekają, by kupić coś lepszej jakości!
To nie minimalizm, to materializm pełną gębą.
Przymus posiadania, uzależnienie od przedmiotów, a przede wszystkim uzależnienie od pieniędzy. Tak widzę niektórych współczesnych "minimalistów".  "Minimalistów", którzy muszą więcej pracować, bo muszą więcej zarabiać, by móc więcej wydawać... Bo jeden telewizor, ale nie mniejszy niż 60 cali. Jeden dywan, ale perski. I ok, jeśli stać ich na to bez najmniejszych wyrzeczeń. Na ogół, w naszych realiach, tak nie jest. I już widzę psa z przeziębionym pęcherzem, który właśnie idzie zrobić swoje na nowym Persie. Albo takiego dwulatka, który już bez pieluchy, ale jeszcze się zdarzy.

Co zrobiły minimalista z doszczętnie zasikanym dywanem? Pewnie wyrzucił bez żalu, bo to tylko przedmiot. Nawet jeśli ów przedmiot byłby nowy. Oczywiście istnieją pralnie z dezynfekcją, ale jeśli sytuacja się powtarza - dywan i jego ciągłe targanie do pralni staje się dodatkowym kłopotem i ciężarem.

Tu dla mnie tkwi różnica - snob musi, minimalista co najwyżej chce, ale snu z powiek mu to nie spędza. Snob odhacza kolejne osiągnięcia z listy "muszę mieć", minimalista cieszy się jak dziecko z byle pierdoły. Docenia małe rzeczy, uśmiech przechodnia, ławkę w półcieniu drzew, bawiącego się z dzieckiem psa. Snob zbyt pochłonięty jest rządzą zdobycia wysokiego stołka w firmie, najnowszego iPhona (uczepiłam się tych iPhonów, bo tutaj naprawdę za ceną nie idzie jakość), pozycji, sławy, tytułu doktora, który MUSI mieć. Minimalista się rozwija w tym kierunku, który sprawia mu przyjemność i pozwala na samorealizację. Od powodzenia nowej firmy nie zależy jego być albo nie być. Widzi więcej niż kariera i wypasiony dom w eleganckiej dzielnicy. Być może i kupi ten dom, jeśli akurat będzie to mógł zrobić bez większych wyrzeczeń, ale nie załamie się go tracąc. Jego siła tkwi w środku. Nie w samochodzie, czy meblach od projektanta.


Wrócę ostatni raz do tematu luksusu. Ktoś gdzieś napisał, że jego pojęcie zmienia się wraz z zasobnością portfela. Oczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić, jednak czy nie jest to na powrót materializm i apetyt rosnący w miarę jedzenia?

"Niektórzy ludzie uważają, że luksus jest przeciwieństwem ubóstwa. 
Nie jest. 
Luksus jest przeciwieństwem wulgarności." 
Gabrielle Coco Chanel

I tak nic, co nie jest piękne, ani wygodne, nie może być luksusowe. Luksus to otaczanie się tym, co rozbudza nasze zmysły. Dla mnie jest to świat pisany zapachem. Każdy okres mojego życia miał swój zapach. Dziś wystarczy mi powąchać w sklepie konkretne perfumy, by przywieść na myśl dowolne wspomnienia. Pościel z satynowej bawełny skropiona ulubionymi perfumami. Wnętrze, które cieszy moje oko. Inspirująca książka na nocnym stoliku i możliwość zostania w domu w ulewny dzień. Stwierdzenie, że lecę na weekend gdzieś, gdzie będzie najbliższy lot i pojechanie tego samego dnia na lotnisko. Kaszmirowy sweter i cudownie miękkie skarpetki z angory (ok, właśnie przeczytałam jak powstaje... już nic z angory nie kupię...). I z drugiej strony jedwabna koszula nie będzie dla mnie akurat luksusem, bo ciężko ją wyprasować. Nie sprawi radości, ale kłopot. Tak samo własny basen w piwnicy domu, czy wanna SPA może być zarówno luksusem jak i utrapieniem, jeśli ani jednego, ani drugiego nie używamy, a trzeba to konserwować i czyścić.
Jednak w moim mniemaniu największym luksusem, jaki możemy sobie podarować, jest czas wolny od pracy i obowiązków, który możemy spędzić jak tylko chcemy.


PAULINA